Powyższe opowiadanie zostało napisane na jeden z konkursów literackich kilka lat temu, ale nie otrzymał żadnej nagrody. Trzymam go na dnie dysku. Postanowiłam się z nim z Wami podzielić.
OKNO
W mieszkaniu pani Janiny panował spokój, ścienny zegar delikatnie wystukiwał melodie czasu. Na korytarzu słychać było delikatne kroki sąsiada, który wychodził do urzędu, a potem trzask zamykanych za nim wejściowych drzwi. Janina już nie spała, delikatnie wstała z łóżka. Sprawdziła biało-czarny ekran telefonu, który podarowała jej wnuczka siostry. Westchnęła głośno. Włączyła czarne, trochę przyprószone, radyjko. Z małego głośniczka delikatnie zaczęła lecieć litania do Miłosierdzia Pana Jezusa. Janina przeżegnała się i zaczęła powtarzać słowa. Potem jeszcze kilka zdrowasiek, do tej która nie bała się przyjąć do swojego łona Pana Jezusa. Wyłącza radyjko i powoli zaczął się jej dzień. Delikatnie chodziła po dwóch pokojach w kapciach kupionych na targu, o którym będziemy jeszcze pisać. W czasie tej porannej powolnej i cichej krzątaniny mówiła głośno do siebie. Już dawno była przyzwyczajona do swojego głosu. Tę ciszę przerywały inne dźwięki: odkładane szklanki, delikatne smarowanie masłem chleba, gwizd nastawionej wody, przesuwanie krzesła. Na samym końcu otworzyła okno.

Do małej kuchni wpadło nagle ciepłe, letnie powietrze. Przesunęła swoje drewniane krzesełko i zaczęła obserwować świat. Widok z jej okna na drugim piętrze wychodził na niezabetonowane, ubite podwórko, z rzędem kilku wąskich garaży, dalej za nimi i murkiem rozlegało się torowisko. Od szyn odbijały się promienie słońca. Tego letniego dnia świat wypełniony był jakąś witalnością, ale pani Janina nie umiała dobrze tego określić. Pozornie nic się nie działo, gdzieś ptaki śpiewały, nie umiała ich jednak dostrzec.
Popatrzyła na zegarek. Zaraz powinna wyjść córka Gancarczyków, ta, po rozwodzie, i wyjechać swoich podstarzałym autem do pracy. Tak się stało, po kilku minutach sąsiadka wyszła bardzo szybko z klatki na podwórko. Musiała się śpieszyć, bo nawet nie zwróciła uwagi na panią Janinę w oknie. Z daleka słychać było śmiech i rozmowy dzieci, musiały przechodzić obok kamienic. Po chwili znowu wszystko stanęło w miejscu, tylko listki delikatnie poruszały się na wietrze. Po dziesiątej na torach pojawił się długi skład, Ekspres z Warszawy.
Janina pomyślała o ludziach, którzy pewnie jadą zadowoleni na wczasy. Westchnęła. Przypomniała sobie, że pięćdziesiąt lat temu, gdy była jeszcze młoda, miała trwałą i powodzenie u chłopców z fabryki, pojechała na urlop nad morzem. Z całym prawie zakładem. Śmiali się tak bardzo i te dancingi. Większość pewnie już umarła. Zrobiło jej się smutno. Włożyła torebkę herbaty jeszcze raz do szklanki i ponownie zalała ją ciepłą wodą. Z okna było słychać śpiew pijanego sąsiada, który wracał ze sklepu. Dawniej był bardzo dobrym brygadzistą w fabryce. Jeszcze raz wróciła do okna. Na podwórku zobaczyła młodego mężczyznę, wysokiego blondyna z wielkim plecakiem. Rozglądał się po podwórku, robił zdjęcia komórką. Na chwilę też spojrzał w górę i ich wzrok spotkał się na chwilę. Janina odwzajemniła uśmiech, ale nagle coś sprawiło, że zamknęła okno z trzaskiem. Emilka, wnuczka siostry, mówiła jej o oszustach, a i w radyjku mówili, że po świecie teraz pełno złodziei do licha się kręci. Jeszcze raz wlała wodę do szklanki. Może jednak zbyt pochopnie to zrobiła? Było jej teraz głupio otwierać ponownie okno i się po prostu zapytać, co on robi. Czy to któreś wnucząt lub dzieci sąsiadów? Zaczęła wyliczać, którzy wyjechali. Popatrzyła teraz przez zamknięte okno. Właśnie robił zdjęcia graffiti na murku. Dla Pani Janiny to były jedynie bazgroły. Dziwni ludzie chodzą po tym świecie. Mimo, że próbowała powrócić do krzątaniny, nie mogła znaleźć sobie miejsca. Postanowiła nagle, choć zupełnie o tym nie myślała po wstaniu, że musi iść na targ, nasz ryneczek. Ubrała się szybko w poliestrową, zieloną, szykowną sukienkę i wzięła siatkę.
Gdy wychodziła sprawdziła jeszcze trzy razy, czy zamknęła drzwi. Strzeżonego Pan Bóg strzeże, a obcy kręcą się po okolicy.
Klatka była zimna, wypełniona zapachem wilgoci. Janina schodziła powoli, schodek po schodku. Na końcu, tuż przy wejściowych, siedział brygadzista. Trochę dyszał.
-Dzień Dobry, panie Marianie.
-Dobry, co za skwar. – uśmiechał się wyciągając butelkę taniego piwa.
Targ znajdował się na małym placyk,u między kamienicami a parkiem, który jednak miał trochę z puszczy przez swoje zaniedbanie. Mało było tutaj młodych ludzi, wszyscy rzucili się na naszą galerię, która tak naprawdę była plastikowym i kiczowatym domem handlowym. Nikt tutaj jednak nie narzekał ze sprzedawców. Dzisiaj była środa, więc nie było ich wszystkich. Na chybocących się stanowiskach sprzedawano owoce, warzywa, tanią chemię z Niemiec. Nie zabrakło także kolorowych ciuszków ze wszystkich stron świata. Choć podobno nowiusieńkie, wyglądały, jakby były wyprodukowane dziesięć lat temu. Stała także pani Marianka z kapciami. W normalnym stanie ducha Pani Janina oglądałaby to wszystko z wielkim przejęciem, może nawet kupiła coś dla Emilki, ale w szybkim tempie biegła teraz do swojej Krysieńki, która sprzedawała najlepsze warzywa pod słońcem.
-Boże, kochana, jaki upał. – zaczęła śpiewająco Krysia. Janina bardzo zainteresowała się pietruszką, ale ciągle nie mogła zapomnieć o tym nieznajomym.
-Nie uwierzysz nawet, co się stało, na podwórku kręcił się jakiś studenciak i robił zdjęcia tym bazgrołom- od razu pomyślała, że jej słowa wydały się śmieszne. Dodała po chwili, gdy wyciągała najlepszą pietruszkę.- Myślałam, że to syn Andrzeja, ale to nie to…
-A dziwne ludzie teraz mają hobby. Moja wnuczka mi na internecie pokazywała. Chodzą i robią se te zdjęcia.
-Tak, tak. – przytaknęła Janina, wyciągając portmonetkę i zaczynając szukać monet.
– Nie trzeba, kochana. O nim mówiłaś? – Krysia wskazała na młodzieńca, który chodził pomiędzy straganami. – Widać, że turysta…
Ten studenciak czekał na nią przed kościołem.
-Przepraszam, proszę panią. – zaczepił bardzo grzecznie.
-Szczęść Boże!-nigdy się tak nie witała, ale pomyślała, że to doda jej odwagi w jego ominięciu.
-Czy pani wie, gdzie tu stała fabryka? Coś mi szwankuje telefon.
-Nie ma na co bardzo patrzeć. Same gruzy. -Jak z nim pójdzie to może ją okraść. Ale z drugiej strony była ciekawa, co on zamierza.
-No, ale ja właśnie robię taki projekt na uniwerek. I potrzebuję zdjęć miasteczek i fabryk. – Dodał po chwili.- Taki artystyczny.
Wskazała ręką, aby szedł za nią. Szli wzdłuż niskich kamienic, które dawały cień. Chyba nie lubił ciszy albo chciał ją zabawić, bo zaczął sam opowiadać o sobie. Miał na imię Piotrek, że drugi rok projektowanie czegoś i czegoś, że chcą jakąś grę zrobić. Janina wsłuchiwała się i próbowała nadążyć. Musiała przyznać, że miał bardzo miły głos. Och, co by było, jakby zobaczył ją w roku 1976. Pewnie by się w niej zakochał. Zganiła się nagle za te myśli.
Z fabryki, dumy naszego miasteczka, zostały tylko ściany wewnętrzne. Nie było dachu. W środku, gdzie były hale, pozostał jedynie plac, na którym rosły krzaki i wysokie trawy. Dawno tutaj nie była, jeszcze dwadzieścia lat temu pracowały tutaj maszyny. Było wszystko, śmiech, praca, przyjęcia, normy. A teraz tylko cisza i przyroda.
-Cudownie! Pani tu pracowała? – zapytał, gdy to zobaczył.
-Tak, tak, na przedwojennych maszynach. Były dwie hale na dole i trzecia na górze, a ja tam. Teraz nie ma już nic. Rozkradli. – pokazywała na pustą przestrzeń. Wiele razy rozmawiała o tym z ludźmi, ale długa historia skracała się do tego czasownika: rozkradli.
-Widziałem, że w różnych miastach robią coś ze starymi fabrykami.- studenciak szukał słów pocieszenia, może odbył już kilka takich rozmów.- A na czym Pani robiła?
-Na poszetkach.-uśmiechnęła się delikatnie pani Janina. Po chwili zaczęli chodzić wokół, tam gdzie mogli dojść. Piotr słuchał, dopytywał, bardzo był uprzejmy. Czasem odchodził, aby zrobić zdjęcia w miejscach, do których trudno wejść.- A tu stał komin, ale wyburzyli pięć, czekaj, siedem lat temu. A ten mniejszy budynek to był magazyn.
-A pani lubiła tutaj pracować?
-Mów mi Janino – uśmiechnęła się.- Ach, oczywiście, wszyscy tośmy się bardzo tutaj lubili. Dużo moich koleżanek ze szkoły zaczęło pracę, więc było zabawnie. A do czego potrzebujesz zdjęć naszej fabryki?
-Robimy grę na komputer o końcu świata, o zombie w małym miasteczku. I jeden z etapów, proszę Pani, to znaczy Janino, będzie dział się w opustoszałych fabrykach.
Powoli zaczęli iść w stronę dworca. Zaraz miał pociąg, przyjechał tylko na chwile. Trochę zrobiło jej się smutno, bo mogła go zaprosić do domu na herbatę i ciastka.
Słońce było mocne, czuła, że jest już zmęczona i musi iść do domu, ale na chwilę jeszcze wejdzie do kościoła, który kiedyś zbudowano dla robotników. Wąski, z czerwonej cegły. W środku zaś przesłodzone postacie biblijne. Janinie bardzo się jednak podobał. Idąc tam, zauważyła, że przed nią gramoli się ten młody. Trochę zaczęła się już gniewać i nie wiedziała sama dlaczego. Wyciąga komórkę, staje, łapie kadr. Kościoła nigdy nie widział? Janina ominęła go z jak największą, udawaną obojętnością i weszła do kościoła. Pomimo że nie miał tysiąca lat, a niecałe sto, to panował tutaj chłód znany z gotyckich katedr. Przez otwarte drzwi dobiegały śpiew ptaków i samochodów, które nielicznie przejeżdżały. Janinka usiadła w ławce. Nie mogła się jednak powstrzymać, aby zobaczyć, czy studenciak nie wchodzi przez drzwi. Wszedł dopiero po chwili i zaczął z zaciekawieniem chodzić po całym kościele. Byli tutaj teraz sami. Szczególnie na długo zatrzymał się przy obrazie Matki Boskiej. Odmawiając kolejne zdrowaśki Janina, przypatrywała mu się z zacięciem. Nawet się nie przeżegnał. Odwrócił się na chwilę i znowu uśmiechnął się do niej. Janina nie wiedziała co zrobić, więc jedynie przytaknęła głową. Wydawało się jej, że już musiała go gdzieś widzieć. Po kolejnej zdrowaśce coś wymyśliła. Tak, przypominał Mareczka, jej jedyną miłość. On robił na układaczce, ona przy maszynie do składania pochewek i szufladek. Mógł nawet nie wiedzieć, że ona go tak lubiła. Właściwie on nie był na tym urlopie nad morzem, bo wtedy z Beatką się żenił. Zawsze postawny, dobrze ubrany. Zawsze bardzo dla niej miły. Rozmawiali czasem o kwiatach. Lubiła sobie czasem przypominać grudzień 1976 roku, kiedy podszedł do niej i wziął za rękę. Janino, dziękuję, że pomogłaś mojej Beatce. Już nawet nie pamiętała, co faktycznie zrobiła, ale wtedy jej serce biło bardzo mocno. Prawie zemdlała z wrażenia. Wzdychała sobie czasem do tego wspomnienia, ale nawet bardziej z nudów i jakiejś sentymentalnej nutki niż żałowania. Teraz z przerażeniem odkryła, że ten młodzieniec jest o wiele przystojniejszy od Mareczka.
Przez drogę Pani Janina opowiadała, że była kiedyś ładną kobietą z trwałą i śpiewała w chórze, o wczasach, o maszynach. Te ostatnie szczególnie interesowała Piotrka. Dopytywał o tym, jak produkcja szła, albo czy nie było niebezpiecznie. Niestety dla pani Janiny i tej rozmowy, dworzec był dosyć blisko. Powoli zapełniał się parking, kilku ludzi szło w jego kierunku. Zaraz przyjedzie pociąg.
-Dziękuję Janino za wszystko.
-Nie trzeba, nie trzeba. Powodzenia.
Janina wyciągnęła do niego dłoń, choć nigdy tak nie robiła. Uścisnął ją bardzo energicznie. Inaczej niż Mareczek. Uśmiech miał jednak piękny.
-Jeszcze raz. Bardzo mi przypominasz moją zmarłą babcię.
Janina nie wiedziała, co powiedzieć.
-Z Bogiem. Powodzenia, mój drogi.
Piotr jeszcze raz pomachał i zniknął w budynku naszego dworca. Czuła się tak samo radosna, jak i smutna zarazem. Wracała uliczkami naszego miasta, które topiło się powoli w letnim upale. Umorusane dzieciaki wracały z boiska na obiad. Na klatce spotkała dawnego brygadzistę, dosyć już pijanego. Szedł po kolejne piwa.
-Jak się pani dziś uśmiecha!
Po powrocie pani Janina usiadła na łóżku. W mieszkaniu panowała cisza i nic nie zmieniło się od rana. Zrozumiała, że była bardzo zmęczona. Dawno tak dużo nie gadała. Położyła się na łóżku, przykryła się kolorowym kocem. Śniła jej się zima, fabryka pokryta śniegiem. A ona, dużo młodsza niż dziś, idzie w jej kierunku w lekkiej, zielonej sukience. Nie jest jej zimno. Na powitanie jej wychodzi młody, wysoki młodzieniec z pięknym uśmiechem.

